i to znaczy, że...
nie ma mnie tu, bo jestem trochę zajęta o tu nieopodal!
zapraszam do starego, nowego miejsca!
w weekend było trochę okazji żeby poświętować i upiec coś słodkiego. dzień Babci, dzień Dziadka, imieniny męża... doskonale się do tego nadał przepis ze styczniowego magazynu dla smakoszy... wyszło pysznie, w dwóch wersjach... maxi z jabłkami i mini z mandarynkami. przepis trafił na listę ulubionych i do szybkiego powtórzenia. a weekend no cóż upłynął cicho i leniwie w takt (znowu!!!) padających płatków śniegu.





tamtego domu już nie ma i nie ma tamtego poddasza. poddasza z wielkim pomalowanym na zielono wiklinowym fotelem dziadka, biurkiem kryjącym szufladę z tysiącem skarbów, ogromnym oknem z widokiem na las i morzem pofalowanych zielonych sadów, z których jak okręty wyłaniały się kolorowe dachy domków... z kryjówką na starocie, w której zakamarkach można było znaleźć stare narty i monstrualne gruszkowate gniazdo os...
teraz jest inne poddasze, w innym miejscu, w innym czasie, z innymi skarbami, zakamarkami, tajemnicami, z innym widokiem, z innymi odkrywcami i poszukiwaczami przygód. chciałabym, żeby i ono zostało w pamięci mych dzieci jako to niezwykłe, bajkowe i niezapomniane. za jakiś czas pewnie mi o tym opowiedzą, będę czekać... z ciekawością na ich wyznania.

za parę miesięcy, gdy nadejdzie lat znowu powrócimy na nasze poddasze. teraz będą tam mieszkać 3 braci i mała siostra. do wakacji!