na pożegnanie lutego, zimy, mrozów....
wszystko rośnie i ciągnie się w stronę słońca
u nas też postępy.
cieszę się, że mogę osobiście uczestniczyć w tym dorastaniu i z bliska przyglądać się jak szybko moje dzieci przechodzą na kolejny stopień rozwoju. jakie to cenne doznania, wie tylko ten kto ma dzieci.


Mamo zrób naleśniki! - to najczęściej ostatnio powtarzająca się prośba moich dzieci. mogliby je jeść na okrągło... z serem, z miodem, z cukrem pudrem i jabłkami, z powidłami, z dżemem z rokitnika... podane najlepiej na baśniowo dekorowanej ludowej zastawie jak w pewnej bajce o małej dziewczynce i trzech niedźwiadkach, które jadły z drewnianych miseczek drewnianymi łyżeczkami. ot taki dziecięcy kaprys!
La donna è mobile
odcień ciemny orzech...
ta mała dziewczynka z młodą kobietą na zdjęciu po lewej...
Z tamtych lat najmilej wspominam słodki zapach pieczonego nocną porą przez moją mamę ciasta. Pamiętam, że kiedy leżałam już w łóżku do moich nozdrzy powoli i niepostrzeżenie wkradał się przyjemny aromat wanilii i olejku pomarańczowego. W kuchni mama piekła biszkopt na mój tort urodzinowy. Nie było nic przyjemniejszego na świecie, jak zasypianie otuloną w te słodkie zapachy. Uwielbiałam to… bardzo!
fragment wspomnień z książki CZERWONE KALOSZE
tym razem po raz pierwszy ciasto urodzinowe pieczone było nie przez moją mamę, ale mojego najstarszego syna, z moją pomocą oczywiście. wyszło bardzo czekoladowe i bardzo urodzinowe. dekoracja też taka jak za dawnych lat.
mój szkicownik powoli zapełnia się ilustracjami. ilustracjami do książki, która od dawna dojrzewała w mej głowie a teraz powoli strona po stronie staje się coraz bardziej realna. Tytuł roboczy: CZERWONE KALOSZE, czyli rymowanki i bajeczki nie tylko dla mojej trójeczki.
11 dni temu byłam tu po raz ostatni. przez ten czas zdałam sobie sprawę, że mogę się obejść bez komputera, blogowania, buszowania w sieci. jest tyle innych ciekawych zajęć, którym mogłam się oddawać w wolnych chwilach. wreszcie skończyłam czytać Moje życie we Francji J. Child, napisałam kolejną bajkę dla moich dzieci, zrobiłam dwa piękne wahadła szczęścia (albo jak kto woli mobile) dla siebie i dla siostry, narysowałam mapę do naszej książki, upiekłam dla siebie tort urodzinowy taki jak kiedyś piekła dla mnie mama, przejrzałam ulubione stare zdjęcia, zmieniłam kolor włosów na ciemny brąz... i zupełnie zapomniałam, że 9 lutego minęły dwa lata jak zaczęłam pisać tego bloga.
i wtedy dopadły mnie wątpliwości... czy pisać dalej, czy dać sobie już z tym czasochłonnym hobby spokój, czy to ma jakiś sens? a potem przypadkiem kursor myszy zatrzymał się na dole strony, na liście moich wiernych czytelników i obserwatorów czyli Was... i dotarło do mnie, że dla tak szerokiego grona (72!) nie mogę sobie pozwolić na taką nieuprzejmość.
nie będzie mnie (nas) przez 7 dni... a raczej będę ale poza zasięgiem. tata ze średnim bratem i laptopem wyjeżdża w góry, my zostajemy... zdrowie nie dopisało. projekt fotograficzny w chwilowym zawieszeniu. w międzyczasie będziemy oddawać się malarstwu i filcowaniu. do zobaczenia za tydzień!
nasz misio był chory i bolał go brzuszek!
więc pyszną kaszkę mama ugotowała